(Zabytkom na odsiecz, Zycie Warszawy, 18 czerwca 1986)

Panowie na Kurozwekach

W

W XIV wieku, pod koniec Polski Kazimierzowskiej, ogromna, rzeklbym wiodaca- w panstwie i wsrod magnaterii role odgrywal rod Kurozweckich z Kurozwek (stad ich nazwisko) kolo Staszowa.

Byli oni przede wszystkim niejako przywodcami stronnictwa prowegierskiego, pragnacego zapewnic sukcesje tronu Ludwikowi Wegierskiemu. Towarzyszyli mu w tych zamiarach i staraniach Tarnowscy i Teczynscy. Czolowa role w familii wywodzacej sie z Kurozwek odgrywal kasztelan krakowski Dobieslaw oraz jego dwaj synowie- Zawisza i Krzeslaw. Dobieslaw wspial sie nawet do godnosci kanclerza, a Zawisza uzyskal urzad podkanclerzego, gdy tylko Ludwik Wegierski zasiadl na polskim tronie. Za czasow Ludwika rowniez Dobieslaw wchodzil w sklad scislej grupy wielkorzadcow, obok Sedziwoja z Szubina, Domarata z Pierzchna i kanclerza Jana Radlicy. Gdy dodamy na koniec, iz grupie tej przewodniczyl biskup krakowski Zawisza z Kurozwek, jasne juz sie stanie ogromne znaczenie i ogromne wplywy panow na Kurozwekach.

Zawisza, biskup krakowski, umarl w roku 1382, po nim przewodnictwo objal Jan Radlica. O biskupie Zawiszy z Kurozwek roznie ludzie mowili. Kochal sie w przepychu, gustowal w wytwornosci i luksusie, jak wowczas gloszono "byl on bardziej ku swiatowym niz boskim skierowany rzeczom i lubieznosciom cielesnym oddany. Istotnie, biskup od plci pieknej nie stronil i podobno nawet zycie postradal w dwuznacznych okolicznosciach. Dobieslaw kasztelan krakowski wraz z synem Krzeslawem wchodzili w sklad najscislejszego otoczenia krolowej Jadwigi, chociaz kasztelan doszedl juz do bardzo podeszlego wieku. Towarzyszyli krolowej rowniez w jej wyprawie na Rus.

W owych juz czasach Kurozweccy wybudowali w Kurozwekach murowany zamek dobrze chroniony i dobrze polozony na wzniesieniu, do ktorego przystep utrudnialy mokradla i rozlane wody. Potezne mury i fosy czynily nieduza stosunkowo warownie trudna do zdobycia. Elementy murow tej gotyckiej warowni zawarte sa w murach obecnie istniejacego palacu.

Na poczatku wieku XVI Kurozweki przeszly w rece Lanckoronskich. Mniej wiecej w sto lat pozniej nadano warowni nowe, renesansowe ksztalty z pietrowymi, arkadowymi kruzgankami. Nastepnej przebudowie w stylu klasycystycznym ulegl palac w wieku XVIII, kiedy Kurozweki nalezaly juz do Soltykow. Przypuszczalnym autorem projektu przebudowy byl znany architekt, Ferdynand F. Nax tworca m.in. palacu w Naleczowie. Budowal Nax palac w Kurozwekach dla wojewody sandomierskiego, Macieja Soltyka, okolo 1770 roku.

Jest to palac murowany, wzniesiony na planie nieregularnym, otaczajacy czworoboczny dziedziniec ze wspomnianymi wyzej kruzgankami z 2-pietrowym ryzalitem. Wzniesienie, na ktorym palac stoi, chronione jest sztuczna fosa. Wszystko to otacza piekny, XVIII-wieczny park.

Kurozweki, nalezace mniej wiecej od polowy ub. wieku az do 1945 r. do Popielow , po wojnie przejete zostaly przez skarb panstwa i popadly w kompletne zaniedbanie. W 1973 roku oferowano palac do zagospodarowania w czasie "gieldy zabytkow". Amatorzy byli i zrezygnowali. Pretendowalo do Kurozwek Ministerstwo Zdrowia, proponowano palac plastykom, "Orbisowi"- na hotel dla "dolarowych"- nic z tego nie wyszlo. W rezultacie po wypuszczeniu przed laty wody z fosy, mury zaczely siadac, pekac. Nad palacem zawislo widmo zawalenia sie.

No ale jakos do tego nie doszlo i dziesiec lat temu kieleckie oraz warszawskie PKZ przyszly palacowi z odsiecza, wykonujac prace niezbedne dla zabezpieczenia go przed zaglada. Dodac nalezy, iz we wnetrzach zachowaly sie zlocone, rokokowe boazerie i polichromie oraz inne elementy wewnetrznego wystroju. Palac jest piekny, otoczenie takze.

Jako ciekawostke dodajmy, iz za czasow Popiela poznal Kurozweki Stefan Zeromski i wprowadzil je, jako palac ksiecia Gintulta, Grudno, do "Popiolow". Oto jak w "Popiolach" wygladaja Kurozweki:

"Palac, przebudowany na fundamentach starego zamczyska, otaczaly zbiorniki splesnialej wody. Mury jego byly kilkulokciowej grubosci szczegolnie na dole, gdzie pozostaly izby sklepione jak w wiezieniu i okna zakratowane. Grube, ukosne szkarpy, niby potworne nogi, grzezly w podstepnych wodach starej, glebokiej, obmurowanej fosy. Pietro dopiero, z korynckimi kolumnami i architrawem ozdobionym sztukateriami, bylo dzielem czasow nowszych..."

Kto raz widzial Kurozweki rozpozna je bez trudu w tym opisie.

Ale i za Popielow, nie tylko w Polsce Ludowej, palac byl zaniedbany, choc sie nie walil, o czym tez dowiemy sie z "Popiolow":

"...sciany byly mocno zdrapane, figury otluczone, kolumny czarne i ogolocone, jak slupy wiorstwowe..."- Tak to przynajmniej oczyma Rafala widzial Zeromski.(B.St.)

 


 

(Rzeczpospolita OnLine Magazyn Rzeczpospolitej 04.06.99 Nr 22)

 

Dziedzic wrócil

p1.jpg (21177 bytes)
Z tylu bryczki Jean Martin Popiel i jego zona Karen.
T

o jest fabryka Popiela. Tego, który odzyskal tu palac po ojcach - wyjasnia jeden z miejscowych, pokazujac biale zabudowania naprzeciwko kurozweckiego cmentarza. - No i mamy nowego dziedzica. On szanuje ludzi i slucha. Na dozynkach ksiadz poprosil burmistrza ze Staszowa i rodzine Popielów pod oltarz. A Popielowie woleli wsród zwyczajnych ludzi, w tlumie, stac.

Grupka robotników lopatami buduje droge do palacu. Jean Martin Popiel zagaduje do jednego po angielsku. Robotnik z wioski na Kielecczyznie zna obce jezyki? Zagadka po chwili sie wyjasnia. - To mój syn, Pawel - przedstawia robotnika Popiel. - Wszystkie moje dzieci, które tu sa, pomagaja. Powinny nauczyc sie pracowac. Chcialbym miec w nich kiedys oparcie. Jestesmy takimi samymi ludzmi, jak wszyscy inni. Nie chcialbym, zeby ktos tytulowal mnie "hrabia". Nie chcialbym dystansu.

Na stale

Popiel rozmawia po polsku, choc duzo lepiej zna francuski i angielski. W koncu urodzil sie w Belgii. Poza Polska spedzil prawie cale zycie. Jego zona Karen jest Norwezka, która wychowala sie w Wenezueli. Maja osmioro dzieci. Troje studiuje w Szkocji i we Francji, piecioro jest w Polsce. Cala piatka, oprócz najmlodszego, chodzi do polskich szkól i uczy sie naszego jezyka. Maja juz polskie obywatelstwo.

- Na razie mieszkamy w Krakowie, ale pod koniec czerwca przeprowadzamy sie do Kurozwek na stale - zapowiada Jean Martin Popiel. - Czy dzieci chca mieszkac w Polsce? Trójce najstarszych pozostawiam wolny wybór. Pozostalym, które sa tu z nami, Polska sie podoba. Dwie córki troche sie buntowaly, ale to nastolatki. W ich wieku to normalne. Lubia jezdzic na koniach, a tu jest stadnina. Stopniowo sie przekonuja.

p2.jpg (21398 bytes)

Rodzina Popielów jeszcze dlugo nie zamieszka w swoim palacu. Remont wymaga ogromnych pieniedzy.

Popiel pokazuje dom, w którym beda mieszkac, zanim wyremontuja palac. Dom jest skromny, niewielki, wyróznia go tylko dach z modrzewiowego gontu. - To gonty z naszej wytwórni - chwali sie Popiel.

W srodku domu nowoczesne meble. - Nie szukalem antyków. Pieniadze, które w nie wlozylbym, wole zainwestowac w cos, z czego bedzie pozytek. Rodzinnych pamiatek niewiele sie zachowalo. Czesc przedwojennych mebli i obrazów z palacu jest w zbiorach Muzeum Narodowego w Kielcach. Na razie nie bede staral sie o zwrot, bo nie mam nawet gdzie tego trzymac. Moze gdy wyremontujemy jedno z palacowych pomieszczen? - zastanawia sie.

Susz i konie

Jean Martin Popiel wylicza swoje przedsiewziecia w Kurozwekach: fabryka, w której suszy sie owoce i warzywa, wytwórnia gontów, hotelik w odrestaurowanej oranzerii, stawy rybne z karpiami, mlyn z elektrownia wodnaÉ - Byl pomysl, zeby do mlyna przeniesc wytwórnie gontów i zasilac ja pradem z turbiny wodnej - mówi Popiel. - Turbina okazala sie na to za slaba. Trzeba bedzie zamontowac jeszcze jedna, wieksza.


Kurozwecki pegeer ma stac sie wlasnoscia Popielów.

Kolejnym przedsiewzieciem Popielów stanie sie zapewne przejecie kurozweckiej stadniny koni arabskich, jednej z czterech najbardziej znanych w Polsce. Przedstawiciele Popiela negocjuja wlasnie warunki jej kupna z Agencja Wlasnosci Rolnej Skarbu Panstwa. Grunty i czesc budynków stadniny przed wojna nalezaly do Popielów. Mogli je

p3.jpg (8482 bytes)

odzyskac, zamiast kupowac. - Nie chcialem czekac na ustawe reprywatyzacyjna, bo jej jeszcze dlugo nie bedzie - mówi potomek kurozweckich dziedziców. - Skladalem wniosek o zwrot kilku tysiecy hektarów lasów, które nalezaly do nas przed wojna. Bez odzewu. Jesli panstwo lepiej o te lasy zadba, niech tak bedzie. Ale stadnina nie moze czekac, tu liczy sie czas. Zalezy mi, zeby ja postawic na nogi. Konie hodowal mój dziadek.

Fabryka i stadnina sa teraz najwazniejsze. - Stadnina to kilkaset hektarów ziemi. Tylko jej czesc jest potrzebna do hodowli koni. Na pozostalej czesci moglibysmy, na przyklad, uprawiac brokuly, które do Polski sprowadza sie z Francji. Albo hodowac daniele. Ich mieso jest na Zachodzie bardzo cenione - snuje plany Popiel.

- W interesach doradza mi brat Paul - dodaje. - Mieszka w Stanach Zjednoczonych, przyjezdza tu co jakis czas. Paul jest dobrym ekonomista, przez 20 lat pracowal w Banku Swiatowym.

Niechec do panów

Wkolo bieda. Odkad podupadly grzybowski "Siarkopol" i staszowskie zaklady, cale Kurozweki szukaja pracy. - Gdy pan Popiel przyjechal, zeby zobaczyc palac, zapytal mnie: w czym moge ksiedzu pomóc? Odpowiedzialem: pomóz ludziom, którzy tu mieszkaja, bo nie maja z czego zyc - opowiada Jerzy Beksinski, proboszcz kurozweckiej parafii.

Dwa miesiace pózniej do Kurozwek zjechali specjalisci, którzy mieli zorientowac sie, w co rodzina Popielów moze tu zainwestowac.

- Gdy pan Popiel zdecydowal, ze bedzie to suszarnia owoców i warzyw, zorganizowalem spotkanie ze staszowskim burmistrzem i radnymi. Zaczelismy szukac miejsca pod budowe fabryki - mówi proboszcz, który od dawna zna rodzine Popielów. Jego brat byl wikarym w parafii, która kierowal ksiadz infulat Marcin Popiel, legenda rodziny. - Ksiadz Marcin zyl bardzo ubogo, wszystkim dzielil sie z ludzmi - opowiada proboszcz Beksinski. - Kiedy chodzil w gumowcach, wiadomo bylo, ze swoje buty oddal komus potrzebujacemu. Budowal kaplice bez pozwolenia komunistycznych wladz, otwieral domy rekolekcyjne. Byl nowatorskim i odwaznym duszpasterzem. Gdyby nie rodzina Popielów, ja bym do Kurozwek nie przyszedl. Nawet nie ogladalem wczesniej parafii, jak to jest w zwyczaju.

Proboszcz przyznaje, ze w Kurozwekach nie obnosil sie ze znajomoscia z Popielami. Bal sie, ze to mogloby cos popsuc, ze parafianie zaczeliby mówic o spólce Popielów z proboszczem i o tym, iz chca wskrzesic przedwojenne stosunki.

- Moje pokolenie bylo wychowywane na wrogosci do wszelkich panów. Do ziemian, jakimi byli przed wojna Popielowie, w szczególnosci. Balem sie, ze to odzyje - tlumaczy proboszcz.

Za milion

Fabryka Popielów o nazwie "Dehydration Technologies Poland" stanela ponad rok temu. Kosztowala ponad milion dolarów. - W fabryce dostalo prace 60 osób. Wiekszosc z nich to kobiety, bo ta praca wymaga delikatnych rak i dokladnosci - informuje Maroun Wehbe, kierownik fabryki, Libanczyk urodzony w Senegalu. Od lutego zaklad ma sezonowy przestój, ale za kilka tygodni znów rusza.


Bryczka, która Popielowie jezdza na przejazdzki, nie budzi we wsi ani sensacji, ani niecheci.

- Fabryka dziala rok. Nie wszystkie kontrakty wypalily. W naszej fabryce w Hondurasie, bardzo do tej podobnej, na poczatku równiez mielismy troche klopotów - mówi Jean Martin Popiel.

- Gdy trzeba bylo przerwac produkcje, pan Popiel byl bardzo zmartwiony. Zwrócil sie do mnie o rade. Pytal, czy jego pracownicy moga liczyc na jakis zasilek na czas przestoju w fabryce. Kazdemu z osobna tlumaczyl, ze praca znowu bedzie - wspomina proboszcz Beksinski.

- Dla niego liczy sie czlowiek - dodaje ksiadz. - Gdy zatrudnil ludzi, przepraszal ich, ze na poczatku, póki fabryka nie bedzie pracowala pelna para, tak malo im zaplaci. A to byly najwyzsze zarobki w okolicy. Dwa lata temu chcialem zorganizowac wakacje dzieciom z Szewnej, która dotknela powódz. Mialem za malo pieniedzy. Zwrócilem sie o pomoc do pana Popiela. Dal tyle, ze wystarczylo.

"Pani kochana"

Przed wojna majatek Popielów w Kurozwekach slynal z ryb, lasów i bogatego ksiegozbioru.

- Byli dobrymi dziedzicami - wspomina Wladyslawa Lokiec, której ojciec i maz przed 1939 rokiem sluzyli u Popielów jako stangreci. Lokciowa do dzis mieszka w dawnym mieszkaniu lokaja, w podworskich czworakach. - Ojciec i maz dostawali pensje i ordynarie, czyli przydzial zboza i ziemniaków - opowiada Lokciowa. - Na rodzine wystarczalo. Jasniepanstwo, bo tak do nich sie zwracalismy, byli skromni i religijni, mieli niewiele sluzby. Pani Popielowa prowadzila ochronke dla dzieci, przytulek dla starszych osób i przychodnie dla chorych. Rozdawala dzieciom prezenty na gwiazdke, organizowala kursy szycia i haftu dla mlodziezy, rekolekcje dla nauczycieli. Ludzie we wsi mówili na nia "pani kochana".

- W wojne pomagali partyzantom i Zydom. Ratowali ludzi przed zabraniem na roboty, wyciagali z gestapo. A potem spotkal ich taki los. Wojna palacu nie tknela, dopiero komunisci go zrujnowali - utyskuje siostrzeniec Lokciowej.

Popielowie zostali wysiedleni, gdy w okolicy zatrzymal sie front. Pózniej, po wyzwoleniu, manifest PKWN pozwolil na odebranie majatków ziemskich ich wlascicielom. Popielowie nie mieli do czego wracac. Rozproszyli sie po swiecie. Marcin zostal ksiedzem, Jadwiga zaczela pracowac na Uniwersytecie Jagiellonskim, Maria wstapila do zakonu, Zofia, zona Krzysztofa Radziwilla, osiedlila sie w Warszawie, Stanislaw, który przezyl niemiecki obóz jeniecki dla oficerów, wyemigrowal do Belgii. Wlasnie Stanislaw byl ojcem Jana Marcina, czyli Jeana Martina.

- W Belgii mieszkalismy krótko, bo trudno bylo tam o prace - opowiada o losach swej rodziny Popiel. - Wyjechalismy do belgijskiego Kongo. Ojciec byl z wyksztalcenia ekonomista. Zaczal pracowac w banku, potem zostal jego dyrektorem. Gdy w Kongu wybuchla wojna domowa, rodzice wyslali mnie po nauke do gimnazjum w Zwiazku Poludniowej Afryki, pózniejszej RPA.

Na walizkach

Odtad Jean Martin Popiel niemal ciagle podrózuje. Z Afryki trafia do Szkocji. Studiuje inzynierie. - Tam poznalem zone. Na studiach wybralem sie tez po raz pierwszy do Polski, nauczylem sie troche polskiego - opowiada. - To byl raj. Wie pan, ile mozna bylo wtedy dostac w Polsce za dolara? Odwiedzilem ciocie, spotkalem stryja, ksiedza Marcina, który zawiózl mnie do Kurozwek. Palac byl zrujnowany. To zrobilo na nas przygnebiajace wrazenie.

Po studiach pracowal, razem z zona, w Szkocji, potem wyjechali do Zairu. Popiel budowal osiedla przy nowych kopalniach miedzi. Gdy w Zairze wybuchla kolejna wojna, trafili do RPA, skad wyemigrowali do Kanady. - Mieszkalismy na pólnocy kraju, bo dostalem prace przy budowie elektrowni wodnych na rzece La Grande. Bylo tam zimno jak na Syberii.

Praca w kanadyjskich elektrowniach wodnych byla najdluzszym przystankiem w jego zyciu. Mieli wówczas czwórke dzieci, wiec musieli sie ustabilizowac. Gdy Popiel otrzymal spory spadek po krewnym, postanowil te pieniadze zainwestowac we wlasny interes.

- Zglosil sie do mnie wynalazca, który twierdzil, ze odkryl unikatowa metode suszenia warzyw i owoców, dzieki której nie traca one witamin, naturalnego koloru, smaku i zapachu - opowiada. - Mial pomysl, ale potrzebowal wsparcia naukowo-technicznego i finansowego. Pierwsza fabryke zalozylismy w Hondurasie. Prowadzilismy tez interesy w Stanach Zjednoczonych. Mamy tam do dzis fabryke wyposazenia wnetrz.

Na kogo wypadnie...

Osiem lat temu Popiel dostal wiadomosc, ze w Polsce umarl jego stryj, ksiadz Marcin. Przyjechal na pogrzeb. Cala rodzina zastanawiala sie, co zrobic z palacem w Kurozwekach, który ksiedzu Marcinowi zwrócilo wczesniej za symboliczna kwote Ministerstwo Kultury i Sztuki, bedace jego ostatnim gospodarzem. Najstarszy brat, Paul, mieszkajacy w Stanach mial tylko jedna, dorosla córke i byl bardzo przywiazany do Ameryki. Podobnie drugi brat, Jacek. Wybór padl wiec na Jeana Martina, który bez protestów przyjal te role. - To dziwne. Ja urodzilem sie jeszcze w Polsce, a brat juz w Belgii. I to on, jak sie okazalo, byl bardziej przywiazany do naszych korzeni - mówi Paul Popiel.

- Bylem pod wielkim wplywem stryja, ksiedza Marcina - tlumaczy Jan Marcin. - To on zaszczepil mi sentyment do Polski. To ze wzgledu na niego postanowilem zajac sie palacem. Jego imie nosi nasza fabryka.

Popiel zaczal swa przeprowadzke do Polski od przeniesienia tu czesci swoich interesów. Zainwestowal w kilka firm, urzadzil pod Krakowem laboratorium dla przyszlej fabryki suszu. A w samych Kurozwekach, pod okiem jego kuzyna, ruszyl remont stojacej obok palacu oranzerii. - Od tego czasu coraz czesciej bywalem w Polsce - mówi Popiel. - I w koncu zdecydowalismy, ze przeprowadzamy sie tu na stale.

Chodzi o prace

Oranzeria jest odrestaurowana. Teraz remontuje sie barokowy pawilon. Ma powstac w nim ekskluzywny pensjonat. - Chodzi o to, zeby majatek na siebie zarabial. Ja nie jestem takim bogaczem, zeby to wszystko z wlasnej kieszeni utrzymac - tlumaczy swój pragmatyzm Popiel.

Najwiecej pracy trzeba wlozyc w sam palac. Po wojnie gospodarzyly w nim rózne panstwowe instytucje. Kazda zostawiala go w coraz gorszym stanie. - Tu byla sala balowa, nad nia mieszkal mój ojciec - Popiel pokazuje jedno z najwiekszych pomieszczen zrujnowanego palacu. Trudno poznac, ze w tej zapuszczonej sali odbywaly sie niegdys bale.

- Calkowite odrestaurowanie palacu to praca dla moich dzieci. Ja nie zdaze. Nie mam takich mozliwosci finansowych. Ale ciagle cos robimy. Krok po kroku. Gdy weszlismy do palacu, w srodku bylo jedno wielkie gruzowisko. Udalo sie je uprzatnac. Jeszcze w tym roku zaczniemy ogrzewac palac i zakryjemy okna, zeby nie przemarzaly mury.

W tym roku Popielowie chca udostepnic czesc palacu do zwiedzania. Za symboliczna oplata. - Po pierwsze, chce, zeby kazdy mógl wejsc do srodka i pozwiedzac, a po drugie, to bedzie kolejny strumyczek pieniedzy na renowacje palacowych sal - wyjasnia gospodarz.

- Nie jestem modelowym biznesmenem - przyznaje Popiel, który przed kazdym posilkiem sie modli. - Za duzo mysle o ludziach, choc wiadomo, ze kazde przedsiewziecie musi na siebie zarobic. Nie wyobrazam sobie wydawania pieniedzy na luksusowe podróze, samochody, ekstrawagancje. Chce dac tym, którzy tu mieszkaja, prace, a z nia poczucie godnosci.

Pierwszy rok

- Kurozweki zyja swoim zyciem, a Popiel swoim. To biznesmen. Co on z nami bedzie sie zadawal. On raczej z ksiedzem sie koleguje - mówi Leszek Jagodzinski, mlody, kurozwecki soltys, bezrobotny. - Przed wojna ludzie mieli swoje gospodarstwa. Nie byli od dziedziców uzaleznieni. Dla mnie to wrócil jakis facet i tyle. Przeciez, jak byli dziedzicami, nie na swojej pracy majatku sie dorobili.

- Gdyby w fabryce nie bylo przerw, moze patrzylbym na nich inaczej - próbuje sie usprawiedliwic Jagodzinski. - Bo co to za praca na sezon? Jak sie czuc bezpiecznie? Byla praca i po pracy, wszyscy poszli na urlopy, produkcja stanela. Narobili sobie ludzie apetytu na robote, cos zaczelo sie dziac i nagle koniec.

Bozena Chmiel pracowala w fabryce Popielów przez rok. Liczy, ze za kilka tygodni znów zostanie przyjeta. Teraz jest na zasilku dla bezrobotnych. - Bylam z tej pracy zadowolona - mówi. - W Staszowie w zadnym zakladzie takich zarobków nie ma. A w domu nic sie nie wysiedzi.

- Gdy fabryka stanela, rózne plotki ludzie po wsi roznosili. Ze magazyny pelne, ze kupców nie ma, interes nie wypalil, a zamiast suszarni, bedzie masarnia - wtraca jej ojciec Edward Schildknecht, którego rodzina pracowala przed wojna w sasiednim majatku u Radziwillów. - Ale ja w to nie wierze. To pierwszy rok, wiadomo, ze musi sie wszystko rozruszac. Oni maja leb do finansów. Ja dobrze zycze panu Popielowi. Bo jego suszarnia to jest tez szansa dla rolników. On juz skupowal od miejscowych warzywa i owoce. Jak ktos towar mial, zawsze odebral.

- Ja bym nie wymagal, zeby pan Popiel ze wszystkimi sie zadawal. Co on, czlowiek ksztalcony, bedzie z nami, z szarakami, prosciokami, gadal. O czym? Z lekarzem, ksiedzem, co innego, bo z nimi ma tematy - sumuje rozwazania o Popielach Edward Schildknecht.

- Odkad pan Popiel przyjechal, porzadek kolo palacu sie robi, czysciutko, jak dawniej, gdy wszystko bylo pieknie utrzymane - cieszy sie Wladyslawa Lokiec. - Dobrze, ze Popielowie palac odzyskali. Maz póki zyl, mówil: oni jeszcze wróca, bo chcial, zeby wrócili. Nie mógl patrzec, jak po wojnie rózni tacy szabrowali palac. Szkoda, ze tej chwili nie doczekal.

Bez róznicy

W poteznej oborze, nalezacej do stadniny, krzata sie przy krowach kilku pracowników. Slyszeli juz o tym, ze Popiel przejmuje stadnine. - Czy to nam sie podoba? Przychodzi tu sam po mleko, codziennie, gdy jest w Kurozwekach - mówia. - Grzeczny, kulturalny. Ale nam wszystko jedno, kto przejmie stadnine. Co zlego mialo sie stac, juz sie stalo. Wszedzie pegeery rozwalone. Teraz byle wieksze pensje byly. A czy je da Popiel, czy kto inny, nam bez róznicy.

JACEK KRZEMINSKI

ZDJECIA LUKASZ TRZCINSKI


Spotkanie w Kurozwekach - 7 lipca 2004

Bylo nas okolo 130 osob, wiekszosc z gniazd: Czaple Wielkie, Wojcza, Sciborzyce, i oczywiscie Kurozweki. Rodzina zjechala sie z wielu stron swiata- 
USA, Kanady, Anglii... Przybyli takze sympatycy. Przecietna wieku zroznicowana, od 3 do 92 lat. Bal integracyjny trwal do 3 nad ranem i zakonczyl sie bez "strat" na kondycji uczestnikow. Pogoda i organizacja dopisaly, humory takze. 
Nastepny zjazd za 2 lata. Palac w Kurozwekach jest juz w takim stanie, ze podejmowac mozna wiecej gosci. 

Jerzy z Gdyni 

[ Wpis do Ksiegi Gosci ]

[ Biezaca Ksiega Gosci ]

[ Poprzednie Ksiegi Gosci ]

[ Witryna na CD-ROMie ]


Jan Popiel  
&
Slawomir Popiel  

Witryna byla zalozona dnia 1998-6-15 i uaktualniona dnia 2007-05-13.
Copyright © 1998. Jan Popiel i Slawomir Popiel.